GAP YEAR. Grudzień

Gdy myślę o grudniu,

widzę

przytulne kawiarnie oświetlone ciepłym światłem lamp

światło świec zapalanych co drugi wieczór 

sąsiadów skrobiących oszronione szyby samochodów

ośnieżone szczyty Tatr

sople lodu zwisające z dachu schroniska górskiego na Hali Gąsienicowej;

słyszę

budzik, dzwoniący, gdy za oknem jest jeszcze ciemno

świąteczną playlistę Franka Sinatry

muzykę z „Dziadka do orzechów”

wszystkie dobre słowa usłyszane przy okazji składania świątecznych życzeń;

czuję

zapach zimowej herbaty z pomarańczą, goździkami i imbirem 

smak pierogów z kapustą i grzybami

przeszywająco zimny wiatr, wiejący w plecy na przystanku autobusowym

miękkość ulubionego białego koca, którym okrywałam się każdego dnia, gdy pracowałam z domu. 

Czas na podsumowanie ostatniego miesiąca roku.

zimowe herbaty na wiklinowym koszu

GRUDZIEŃ 2021

Patrząc wstecz na cały 2021 rok, bez chwili wahania mogę stwierdzić, że był to mój ulubiony miesiąc: pełen ciepła, mimo niskiej temperatury; pełen rozmów, spotkań, przygód, zaskakujących wydarzeń, emocji i nowości. 

GÓRY

Bardzo chciałam gdzieś wyjechać.

 

Myśl o wyjeździe chodziła mi po głowie od początku miesiąca, bo wiedziałam, że w trzecim tygodniu grudnia będę pracować zdalnie. Pomyślałam, że skoro mogę pracować skądkolwiek, to dlaczego nie z gór? I jeśli mogę dowolnie wybrać godziny pracy, to dlaczego by nie pracować po zmroku, a w ciągu dnia chodzić po górach?

 

Brzmiało jak plan doskonały, jednak wahałam się jeszcze jakiś czas z decyzją o wyjeździe, bo nigdy wcześniej nie robiłam sobie takich samotnych wycieczek i trochę się obawiałam, jak będzie. 

 

W niedzielę zdecydowałam, że jadę. W poniedziałek zaplanowałam tyle, że pojadę pociągiem z wtorku na środę, a dwie kolejne noce spędzę w schronisku na Hali Gąsienicowej (szukałam miejsca w którym będzie jednocześnie dobry zasięg i Internet oraz góry na wyciągnięcie ręki). Więcej planów nie miałam. 

 

 

Wyjeżdżając, jeszcze nie wiedziałam jak piękne dni mnie czekają.

 

 

góry zimą

Jest wiele powodów, za które kocham góry, ale jednym z najważniejszych jest to, że poznawanie ludzi jest tam takie proste i naturalne. Choćby zwyczaj mówienia sobie „cześć” na szlaku – tyle wystarczy. Od zwykłego „cześć” można już zacząć rozmowę na każdy temat.

 

 

Niby słyszałam to wcześniej, ale średnio w to wierzyłam – że jak się jedzie gdzieś samemu to zawsze łatwo poznaje się ludzi. Teraz zgadzam się w stu procentach.

 

Od środy do soboty poznałam… 11 nowych osób.

 

~ Ania i Dorota, dziewczyny starsze ode mnie o kilka lat, które przyjechały na zimowy kurs turystyki górskiej – moje współlokatorki z pokoju z pierwszej nocy;

 

~ Paweł, były żeglarz i miłośnik gór w młodości i jego czternastoletni syn Maciek – Paweł dosiadł się do mnie i moich współlokatorek, gdy siedziałyśmy przy kolacji. Rozmawialiśmy we czwórkę i gdy dowiedział się, że przyjechałam sama, zapytał czy nie smutno mi tak samej chodzić po górach oraz zaproponował, że mogę się dołączyć do niego i jego syna, jeśli chcę. Odpowiedziałam, że wcale nie jest mi smutno, ale że i tak chętnie się z nimi gdzieś wybiorę. Następnego dnia poszliśmy razem w góry i spędziliśmy kilka godzin, rozmawiając na przeróżne ciekawe tematy. 

 

~ Trzech chłopaków, których imion już niestety nie pamiętam, którzy byli moimi współlokatorami drugiej nocy, gdy dziewczyny już pojechały; porozmawialiśmy trochę o górach i o ulubionych szlakach;

 

~ Dwie dziewczyny i dwóch chłopaków, którzy byli moimi współlokatorami w hostelu w Zakopanem, gdzie spędzałam trzecią noc – nie zostałam dłużej w schronisku, bo na piątkowy wieczór potrzebowałam dostępu do kuchni, a tam nie było takiej możliwości. Prosto z gór jechałam na wigilię do znajomych i zaplanowałam sobie, że przygotuję kapustę wigilijną, więc na piątek szukałam miejsca do spania, gdzie będzie również znajdowała się wyposażona kuchnia. 

 

I tak trafiłam do hostelu (który był właściwie zwykłym mieszkaniem) i okazało się, że tym razem moimi współlokatorami są sami obcokrajowcy: Francuzka, Brytyjka, Węgier i Maltańczyk. (Byłam jedyną Polką w hostelu w Zakopanem! Tego się nie spodziewałam.) Wszyscy byli w podobnym do mnie wieku i jak się dowiedziałam – każdy z nich podróżował sam. Od razu złapaliśmy kontakt i zaczęliśmy rozmawiać – zaczęło się od tego, po co gotuję kapustę, a później zeszło na temat tradycji świątecznych w naszych krajach, naszych obecnych życiowych zajęć i planów na przyszłość.

 

Okazali się takimi ciekawymi ludźmi! Maltańczyk był programistą i wielbicielem kulturystyki, Brytyjka  – nauczycielką jogi i poetką, Francuzka – właścicielką second handu, w wolnych chwilach piszącą teksty piosenek, Węgier – elektrykiem. Siedzieliśmy w kuchni i rozmawialiśmy do późnej nocy.

 

Pewnie już nigdy się nie zobaczymy, ale fantastycznie było ich poznać. Na długo zapamiętam ten wieczór! I cały wyjazd. To była przygoda życia.

kapusta wigilijna

PROGRAMOWANIE, WŁOSKI I ŁYŻWY

W grudniu dalej uczyłam się programowania, ale niestety nie znalazłam czasu na samodzielne zgłębianie tematu, tak jak planowałam. 

 

Także w nauce włoskiego nie zrobiłam wielkich postępów – w pierwszej połowie miesiąca systematycznie robiłam lekcje w aplikacji, ale po Świętach zupełnie sobie odpuściłam. Wcale nie zamierzam się tym przejmować – wszystko, co robię w tym roku, robię dla przyjemności i nie chcę nakładać na siebie żadnej presji.

 

Kontynuowałam codzienne wpisywanie do kalendarza (co najmniej) jednej miłej rzeczy do zrobienia (o czym pisałam w podsumowaniu listopada) i wciąż świetnie mi się to sprawdza. 

 

Z nowych rzeczy – na początku grudnia poszłam na lekcję jazdy na łyżwach! Co prawda mam łyżwy na nogach każdej zimy od kiedy umiem chodzić, często bywam na lodowisku, potrafię jeździć do przodu i do tyłu, tyle ile sama się nauczyłam, ale wiecie – to była taka profesjonalna lekcja techniki jazdy organizowana przez stowarzyszenie łyżwiarskie, więc zupełnie coś innego.

 

Zajęcia bardzo mi się spodobały, i nawet myślałam o tym, żeby zapisać się na regularne treningi, ale pochłonęły mnie inne bieżące sprawy i po prostu o tym zapomniałam. Temat przypomniał mi się pod koniec miesiąca, gdy mój chłopak, który bardzo dobrze potrafi jeździć figurowo, pokazał mi kilka figur i próbowaliśmy jeździć razem – jazda w parze spodobała mi się jeszcze bardziej i postanowiłam, że chcę się nauczyć lepiej jeździć. Chciałabym w styczniu zacząć działać w tym kierunku. Koniecznie.

 

MARZENIE NUMER 16

A pod koniec miesiąca spełniło się moje marzenie z listy marzeń, bo pojechałam do Poznania i zobaczyłam na własne oczy kamienicę przy Roosevelta 5! 

 

 

Jeśli zastanawiacie się, skąd taki pomysł i ekscytacja jakąś kamienicą, już tłumaczę: w nastoletnim wieku kochałam całą serię książek Małgorzaty Musierowicz zwaną potocznie Jeżycjadą od nazwy poznańskiej dzielnicy Jeżyce, w której rozgrywała się akcja tych książek, a sercem całej akcji była właśnie kamienica przy ulicy Roosevelta, gdzie mieściło się mieszkanie bohaterów serii – rodziny Borejków.

 

To było małe marzenie i dość łatwe do spełnienia, ale cieszyło mnie ogrooomnie.

 

Przy okazji tej spontanicznej, jednodniowej wycieczki wystarczyło jeszcze czasu na wizytę w teatrze i pierwszy raz w życiu zobaczyłam na scenie „Dziadka do orzechów”. Wspaniały balet i cudowna muzyka! 

 

 

 

_____

Z uśmiechem żegnam 2021 rok.

Dużo było w nim zmian. Dużo zawirowań, niepewności, emocji. Śmiechu i płaczu prawie po równo. 

 

Skończył się tak wspaniale, że lepiej bym tego nie wymyśliła.

Hej, 2022! Z ciekawością czekam na to, co przyniesiesz.


Autorką zdjęcia tytułowego (które idealnie odzwierciedla grudniową przytulność!) jest Paulina Trocka. 🙂

Jeden komentarz

Dodaj komentarz