Proces tworzenia zawsze zaczyna się od bezkształtnej bryły gliny

Żeby napisać coś dobrego, po pierwsze trzeba zacząć pisać cokolwiek.

 

Pozwolić myślom na płynięcie bez większego zastanowienia nad nimi.

 

Pisać, nie zwracając uwagi na to, że tekst będzie niepoprawny: zawsze można go zredagować, ale najpierw trzeba mieć co redagować – trzeba mieć glinę, w której będzie można rzeźbić. Najważniejsze to pozbyć się tego przeświadczenia, że te zdania od razu muszą mieć sens, muszą być poprawne. Nie muszą. Za swoje najlepsze teksty uważam te, które najpierw są urywkami zdań pełnymi czerwonych szlaczków, podkreślonych wyrazów, które zapisuję na oślep, nie przejmując się żadnymi znakami interpunkcyjnymi, omijając litery i nawet nie patrząc na tekst. Powtarzam się, zapisuję sto to samo po kilka razy. Używam dużych liter, małych liter, wykrzykników (szczególnie często i w dużych ilościach), kropek i innych znaków interpunkcyjnych. W tamtym momencie forma nie ma znaczenia, liczy się uchwycenie jakiejś myśli, sedna tego, co chcę przekazać.

 

Dopiero później następuje etap segregacji, porządkowania. Kasowania zdań i fragmentów, czasem nawet dużo większej części niż tej, która zostaje. Ten etap to rzemieślnicza praca polegająca na wyłanianiu jakiegoś świata z tego chaosu, wymagająca wielu poprawek, zmiany szyku jednego zdania po dziesięć razy.

Po drugie, żeby pisać, trzeba czytać. Wtedy słowa łatwiej przychodzą, przypominają się te, o których istnieniu się zapomniało.

 

Czasem piszę i nie nadążam za własnymi myślami, które wypływają ze mnie i właściwie nie wiadomo, skąd – czy z głowy, czy z serca, czy spod palców. Chyba właśnie to niektórzy nazywają weną – kiedyś myślałam, że pojawia się sama, trzeba tylko poczekać na ten moment olśnienia, ale to oczywiście kompletna bzdura, bo żeby coś stworzyć, trzeba zacząć to tworzyć. W przypadku pisania: po prostu trzeba usiąść i pisać.

"Inspiracja istnieje, ale musi zastać cię przy pracy"

…powiedział (podobno) Picasso, a ja się pod tym podpisuję. Natchnienie, wena, jakby tego nie nazwać – czasem się pojawia, a czasem nie, ale bardzo rzadko sama z siebie – za to całkiem często wtedy, gdy się skoncentruję, myślę, próbuję, poprawiam. Gdy denerwuję się, że nie wychodzi, robię przerwę, a później jeszcze raz próbuję.

 

Jeśli chcesz coś stworzyć, to siadaj i twórz. Czekanie na odpowiedni moment nie ma większego sensu. 

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.